Akropol I & II
Doprawdy nic nie stało na przeszkodzie By zachowali się zgodnie z rytuałem Diodoklesia, Poznania, cześć II
Choćby nie wiem gdzie zawędrowała Cień tych dumnych kolumn zostanie z nią na zawsze I zawsze już mieszkać będzie Wśród jasnobrązowych rozłupanych głazów Mających prawo pamiętać A jednak wybierających milczenie Zgłodniałe przysiada pod ścianą i wyciąga rękę I od razu zjawiają się ser winogrona i pieczeń z kurczaka I oto jest bezpańskie lecz syte Pod roześmianym niebem w cieniu sprawiedliwych drzew Przyzwyczajeń szybkich i prężnych przywidzeń Wolnych od grzechu i samotnego spojrzenia Myślę że spaceruje tam o poranku Bosa w długiej zwiewnej szacie Czy mogę się mylić bardziej niż powinienem Mogę nawet jeśli nie chcę z tego korzystać Jego stopy nie obrażą nawet trawy Wstaje i robi pierwszy krok I nie zapomina tej lekcji już na zawsze Niebo pochyla się nad nim i podaje Białą dłoń własnego wyznania Niebo jest niesfornym dzieckiem Z którym łączą nas niewidzialne żyłki nadziei Wypełnione codziennością Jakiej nawet najgrubszy z biskupów nie ośmieliłby się zganić Niebo jest pieśnią którą pokochali wszyscy Nie jest prawdą że przegrałem Po prostu szukaliście kogoś innego Nie podniesie sztyletu ani dzidy Nie wyrosną mu ani białe ani czarne skrzydła Bezbożne jak kolumny pełne wiary jak flaga Śpiewać będzie bez rozkazu I pomyśl tylko odziedziczy Dokładnie taki świat jaki mu zostawimy Dziecko jest jaskółką lecz o innej twarzy Bogate jak północ wierzy drzewu i nocy Wierzy ogniowi i rzece jest prastare Lecz nie zamyka się na wyobraźnię Piękne jest jak języki i jasne I przegniłe jest niczym stare serce nocy Kusi mnie by powiedzieć dusza Rozsądniej jednak będzie powiedzieć pamięć