Derek Michalski

Biel

wygłodniałe podbrzusze największej z walk naszego czasu Tępy kolczasty plac gdzie wszyscy z nas ponownie przegrają Zieleń bierny niewolniczy smak ułudy Zobojętniały na sny sumienia apatyczny szmaragd Żółć pożyteczne bezprawie ustatkowanego chaosu Żaglowce przed świtem miniaturowe słoneczniki Czerwień opustoszałe akwedukty pocieszeń Michałociche pęknięcia wiary konfraternia win Błękit głód bezpłodnych deszczy dzielnica zapomnienia Dłonie wylęknionych starców pękające w posadach Wreszcie brąz ciemność jawnej zdrady odwrócenie wzroku Symfonia małomównych ciał rzuconych przed zwiędłe ambony Unieruchomiony jak skała przykuty do niechętnych chmur Synu dobrego człowieka człowieka otwartych luster Przyznaj iż prawdą jest że prawda istnieje Jedynie w świecie matematyki Że jesteśmy skazani na odcienie szarości Że nikt już nie skupia się na sierotach ciepła Odparowanych w rozbłyskach naszego olśnienia Całe połacie nadziei leżą martwym pokotem Jaką karę wymierzyć temu kto wymyślił świętość Jakiej nagrody czekać tkwiąc w nieobecności To kim teraz jesteśmy okazuje się jedyną naprawdą Upłynęło tak wiele a mnie wciąż porusza Naiwność tamtego dziecka mała stopa Dławiąca starego węża