Druga rozmowa z kamieniem
Jestem do ciebie tak bardzo podobny Że naprawdę niewiele możesz mi ofiarować Niczym bezzębna filiżanka Albo chmura która nie może się otworzyć Skrywałem się w jaskiniach przepełnionych strachem I żadne słowa nie padały łupem moich ust Nie wiedząc czy starczy mi lat By w końcu zrzucić z siebie prochowiec upodlenia Trwałem mogąc jedynie poddać się rozpaczliwym rytuałom A jednak nigdy nie oddałem hołdu czarnej fladze Stałem jedynie w szeregu i markowałem śpiewanie ich pieśni Zrobiłbym wszystko by przeżyć i szczęśliwy jestem Że nie musiałem posunąć się ani o krok dalej Bogowie, jeśli to byli oni, przemawiali do mnie Źdźbłami światła, pomarszczoną korą drzew, słońcem odbijającym się od rynien, A czasami nieśmiałą kreską bieli na odległej fali Tyle nocy spędziliśmy w ukryciu tyle dni Uczyliśmy się cierpliwości barykad Moje serce zna cię jak zimny nóż Twoja uczciwość nie zamydli mi oczu Łakniesz tylko pewności uderzenia Szyby i czaszki poddają ci się bez walki Lecz słowo o tak Słowo sprawia że jesteś bezsilny