I nigdy
W probówkach snów złoto przekuwano na sytość Zgubione kapelusze szlochały wzdłuż przeludnionej autostrady Rozsierdzone pająki ujadały aż do świtu Rzeka budziła się by spojrzeć nam w oczy i wiwatować Słowa nadal szukają przedmiotów do których będą należeć A rzeczy wciąż nie mogą doczekać się oswojenia Ich kalekie mistyfikacje ich poddaństwo ich brak opanowania Cierpliwość obumiera mi w piwnicach kieszeni Dla tych którzy wrócą pokiereszowani miłością naszykowano bandaże Zastawiono stoły dla tych którzy wychudli w postanowieniach Rzeka tak łatwo wyczuwa strach i żąda posłuchu starych mistrzów Nie pytaj oni nie mają midichlorianu pojęcia Dziś inne oczy lustrują nas zza balustrady Dziś inne dłonie chwytają nas za krtań Dziś inne serca biją nas po twarzy Gdzie ulice zarumieniły się językami świata Tam hodowaliśmy naszą niefabryczność to właśnie tam stałem się Wierszopozytywny to wtedy poszedłem Po rozum do głowy I nigdy nie wróciłem